W naszej historii szczególnie ponurą rolę odegrała tajna rosyjska carska policja zwana Ochraną. Trudno jest do dziś ustalić, ile ofiar pochłonęła działalność tej instytucji i czy większe klęski poniósł nasz naród na skutek nieudanych powstań narodowych, czy też na skutek agenturalnej działalności tajnych służb policyjnych.
Policja tajna w carskiej Rosji: Hasło "ochrana" posiada 2 definicji. Inne hasła krzyżówkowe na literę O: O, o dupie Maryni,
Data wydania: 1867 Data ostatniej emisji: 1914 Dystrybucja: Standardowe obiegowe Waga: 3,5992 gram Średnica: 22 mm Skład: Srebro Mennica: Saint Petersburg Mennica Goznak, St.Petersburg, Rosja Nominał: 20 Kopiejka rosyjska Szczegóły składu: 500/1000 Silver .0579 oz. ASW, 500/1000 Nakład: Aleksander II (1855 - 1881) 1870HI: 16.255.000.
Jak nasi rodacy zbudowali potęgę Rosji? Polscy inżynierowie, architekci, wynalazcy, badacze przyrody, wykładowcy szkół wyższych walnie przyczynili się do rozwoju carskiej Rosji w czasie zaborów. Rola odgrywana przez naszych rodaków była tak duża, iż rosyjski profesor Leonid Gorizontow nazwał ten okres „polskim stuleciem
Żandarmeria (policja wojskowa) Żołnierze polskiej Żandarmerii Wojskowej. Żandarmeria wojskowa jest specjalną formacją powoływaną do utrzymania porządku wewnętrznego i dyscypliny wojskowej oraz bezpieczeństwa publicznego w wojsku, jak również innych funkcji policyjnych, np. ścigania przestępców, m.in. dezerterów, prowadzenia dochodzeń i śledztw w sprawach karnych
krótki, obcisły płaszcz noszony w XVII-XIX w. ★★★ SZYNEL: płaszcz carskich oficerów ★★★ KATORGA: przymusowe roboty w Rosji carskiej ★★★ LISIURA: daw. płaszcz podbity lisim futrem ★★★★ oona: OCHRANA: tajna policja carskiej Rosji ★★★ OPOŃCZA: obszerny płaszcz z XVIII w. ★★★ GUBERNIA: okręg w Rosji
. Żadna służba specjalna działająca na terenie własnego kraju nie miała wcześniej tak szerokich pełnomocnictw i nie stosowała tak okrutnych metod. Poniższy tekst jest fragmentem książki Marka Świerczka pt. „Jak Sowieci przetrwali dzięki oszustwu. Sowiecka decepcja strategiczna" (Wyd. Fronda) 20 grudnia 1917 r. na posiedzeniu Sownarkomu Feliks Dzierżyński zażądał „utworzenia organów dla rewolucyjnego rozliczenia się z kontrrewolucją”, powołując do życia WCzK. Pomimo początkowego braku w niej wyodrębnionych struktur odpowiedzialnych za wywiad i kontrwywiad, od samego początku istnienia prowadziła działalność w tych kierunkach. W maju 1918 r. została formalnie wyodrębniona sekcja kontrwywiadowcza Czeka, którą w latach 1921–1922 powiększono do rangi wydziału (Контрраведывательный отдел – KRO).WCzK (przemianowana wkrótce na GPU i OGPU4) – choć traktowana jest jako jedna z wielu europejskich służb specjalnych – w istocie była zjawiskiem bez analogii historycznych. Wszystkie istniejące ówcześnie służby specjalne, nawet tak bezwzględne jak carska ochrana, były bowiem instytucjami państwowymi działającymi w mniejszym lub większym stopniu w ramach obowiązującego porządku prawno-moralnego. Ani ich funkcja represyjna, ani przypadki pozaprawnych działań nie miały charakteru systemowego i masowego. Natomiast WCzK nie respektowała ani dawnych carskich praw, ani uznanej moralności, traktując ją jako „przeżytek burżuazyjny”. Żadna służba specjalna działająca na terenie własnego kraju nie miała wcześniej tak szerokich pełnomocnictw i nie stosowała tak okrutnych metod. Ponadto w WCzK doszło do rzadkiego w historii zjawiska polegającego na fuzji byłych struktur ochrony prawa z przedstawicielami przestępczego podziemia. W WCzK pracowali bowiem byli urzędnicy carskiego MSW, zawodowi rewolucjoniści oraz kryminaliści, z którymi odbywający kary więzienia i zsyłki bolszewicy wchodzili w naturalny kontakt. W początkowym okresie funkcjonowania przyciągała także wielu osobników z silnymi odchyleniami psychicznymi – psycho- i socjopatów, którzy dzięki czerwonemu terrorowi odreagowywali lata frustracji. Dzięki współpracy tych do tej pory zwalczających się grup możliwe stały się praktyczna weryfikacja stosowanych dotąd metod i stworzenie nowych, całkowicie rewolucjonizujących dotychczasowy model działania służb specjalnych. Do skostniałej formy tajnej carskiej policji politycznej dodano doświadczenie rewolucyjnych spiskowców, bezwzględność elementu kryminalnego oraz rewolucyjny ferment myśli, który ogarnął wtedy elity Rosji Sowieckiej. Tego typu procesom często towarzyszą rewolucyjne zmiany w działalności służb specjalnych i tak też było w WCzK, która wypracowała narzędzia sprawiające, że skuteczność jej działania była nieprawdopodobnie duża. Pierwszym z nich był terror. Sowieckie służby specjalne sięgały do metod niestosowanych w nowożytnej Europie wobec ludności własnej: do masowych egzekucji całych rodzin i znajomych podejrzanego czy brania zakładników i tortur. W przeciwieństwie do terroru jakobińskiego większość egzekucji odbywała się w piwnicach, a nie na oczach tłumu, co wzmagało lęk społeczeństwa i generowało legendy na temat orgii okrucieństw mających miejsce w lochach tajnej policji. Co więcej, terror odbywał się według kryteriów klasowych i rodzinnych (w ramach odpowiedzialności zbiorowej), nie uderzając jedynie w osoby podejrzewane o wrogość. Powodowało to niezdolność przeciwników politycznych do stworzenia strategii przetrwania, np. udawania akceptacji czy wycofania się z życia publicznego. Można było przecież być aresztowanym bez powodu, na podstawie czyjegoś donosu lub po prostu wskutek bycia w przeszłości carskim żandarmem lub posiadaczem ziemskim lub choćby członkiem rodziny czy znajomym aresztowanego. W tej sytuacji jedyną rozsądną strategią nie mogła być pasywna próba przeczekania i mimikry, a jedynie aktywne współuczestnictwo, które w sytuacji irracjonalnych, względnie czysto klasowych kryteriów doboru ofiar mogło dawać nadzieję na przeżycie. W tej sytuacji nie mogło dziwić wykorzystywanie przez WCzK w swoich operacjach specjalnych byłych wrogów. Ludzie – złamani torturami, śmiertelnie przerażeni i świadomi tego, że ich rodziny padną ofiarą brutalnych represji w razie nielojalności – podejmowali współpracę, gdyż jedynie ona dawała nadzieję na uratowanie siebie i bliskich. Po czym włączały się psychologiczne mechanizmy redukcji dysonansu poznawczego, które mogły prowadzić nawet do pełnej identyfikacji z oprawcami. Czytaj też:Sowiecki kompleks Polski Jednakże sam terror nie mógł zapewnić sukcesu, gdyż łatwo jest przekroczyć granicę, gdy ludzie zaczynają wierzyć, że nie mają już nic do stracenia, i kierują się jedynie nienawiścią i żądzą zemsty. Dlatego warunkiem sine qua non terroru była propaganda i ideologia komunistyczna, która po I wojnie światowej nabrała rangi quasi-religijnej i była atrakcyjna nie tylko dla sporej części społeczeństwa sowieckiego, ale i dla szerokich kręgów w całej Europie.
Sklep Książki Historia II Wojna Światowa Gestapo. Mity i prawda o tajnej policji Hitlera (okładka twarda, Wszystkie formaty i wydania (1): Cena: Opis Opis Gestapo – jeden z filarów nazistowskiego aparatu przymusu. Przez ostatnie dziesięciolecia wokół tajnej policji Hitlera urosło wiele mitów i kontrowersji. McDonough z dużą śmiałością zestawia fakty, wyciągając czasem dyskusyjne wnioski i skłaniając czytelnika do refleksji. Szeroko wykorzystane niemieckie archiwalia oraz bogata literatura tematu pozwalają naszkicować rzeczywiste znaczenie tajnej policji w państwie opis pochodzi od wydawcy. Dane szczegółowe Dane szczegółowe Tytuł: Gestapo. Mity i prawda o tajnej policji Hitlera Autor: McDonough Frank Tłumaczenie: Szlagor Tomasz Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie Język wydania: polski Język oryginału: angielski Liczba stron: 240 Numer wydania: I Data premiery: 2016-09-14 Forma: książka Wymiary produktu [mm]: 20 x 173 x 247 Okres historyczny: faszyzm - II wojna Indeks: 19903354 Recenzje Recenzje Inne z tego wydawnictwa Najczęściej kupowane
Dzięki wygranym i odziedziczonym pieniądzom oraz dworskim koneksjom, jak również kontaktom w najwyższych sferach Rosji i Europy Jaroszyński z sukcesem inwestował w liczne przedsięwzięcia W marcu 1916 r. jego majątek szacowano na 26,1 mln rubli, 300 mln rubli w długach wekslowych oraz 950 milionów rubli w złocie i w nieruchomościach. Łącznie Jaroszyński miał zgromadzić 1 mld 276 mln rubli. Przeliczając na dzisiejsze pieniądze, byłoby to ponad 200 mld zł W czasie ostatnich lat istnienia carskiej Rosji polski miliarder zaangażował się w zwalczanie ruchu bolszewickiego i ochronę rodziny cara przed komunistami Korzystając z poparcia brytyjskiego rządu, Jaroszyński starał się doprowadzić do bankructwa i załamania się państwa bolszewickiego Więcej o historii przeczytasz na stronie głównej Karol Jaroszyński był jedną z najwybitniejszych postaci finansowej oligarchii przedrewolucyjnej Rosji. Badanie działań jego syndykatu pozwala głębiej zrozumieć relacje między rosyjskimi i zachodnimi finansistami przed i po wybuchu Rewolucji Październikowej w 1917 r. oraz pewne aspekty zaplecza finansowego kontrrewolucji i antysowieckiej interwencji wojskowej. Niektóre okoliczności funkcjonowania Jaroszyńskiego w latach 1917–1918 stały się znane dopiero po publikacji książki pt. "The Allies and the Russian Collapse 1917–1920" (Londyn 1981 r.), autorstwa brytyjskiego dziennikarza Michaela Kettle’a. On jako pierwszy uzyskał przywilej zapoznania się z supertajnymi materiałami angielskiego Gabinetu Wojennego, Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz wywiadu. Działania syndykatu Jaroszyńskiego przyciągnęły uwagę także sowieckich i rosyjskich badaczy historii. Dane Kettle'a potwierdzają dostępne dokumenty Centralnego Archiwum Państwowego Rosji, wcześniej bardzo trudno dostępne nawet dla zaufanych historyków i dziennikarzy radzieckich, albowiem teza o Rewolucji Październikowej za pieniądze niemieckie była zbyt kompromitująca dla komunistów – pisze "Passa". Wygrał w Monte Carlo 774 kg czystego złota Urodzony 13 grudnia 1877 r. w Kijowie Karol Jaroszyński pochodził z rodziny polskich właścicieli ziemskich, którzy posiadali duże majątki w regionie Winnicy. W 1834 r. ród został nobilitowany. Daniel Beauvois – w swojej pracy pt. „Trójkąt ukraiński” (wyd. IV, Lublin 2018) – zamieścił listę polskich właścicieli ziemskich na (prawobrzeżnej) Ukrainie, posiadających w 1849 r. nie mniej niż 1000 chłopów pańszczyźnianych. W spisie tym znalazło się pięć linii rodu Jaroszyńskich sprawujących rząd dusz łącznie nad 14 652 poddanymi. Podczas wizyty cara Mikołaja II w Kijowie w 1911 r. Franciszek Jaroszyński, brat Karola, został awansowany na młodszego szambelana dworu, co przybliżyło rodzinę do najwyższych kręgów władzy. Karol już wtedy był człowiekiem bardzo zamożnym, po rozbiciu w 1909 r. banku w kasynie gry w Monte Carlo, gdzie w ruletę wygrał w przeliczeniu milion rubli. W dużym uproszczeniu można założyć, iż przy parytecie 1 rubel równy wówczas 0,7742 gr. złota, Karol wyjechał z kasyna z 774 kg czystego kruszcu. Początkowo Jaroszyński pobierał nauki w Pierwszym Gimnazjum Męskim w Kijowie, by następnie wylądować w oddziale handlowym Moskiewskiej Szkoły Realnej. Co to może oznaczać? Może to być świadectwem, że Jaroszyński miał kłopoty z nauką i nie ukończył gimnazjum, bo gdyby je ukończył, rozpocząłby studia uniwersyteckie, a nie naukę w szkole realnej (zawodowej). Po przedwcześnie zmarłym ojcu przypadła mu część spadku szacowana na około 350 tys. ówczesnych funtów (brytyjskich). Zarówno dzięki wygranym i odziedziczonym pieniądzom oraz dworskim koneksjom, jak i kontaktom w najwyższych sferach Rosji i Europy, Karol Jaroszyński z sukcesem inwestował w cukrownie, fabryki, kopalnie, towarzystwa żeglugowe, a przede wszystkim w banki. Wybuch I wojny światowej potroił zyski polsko-rosyjskiego nababa, zarobił wtedy kolejne miliony na dostawach dla carskiego wojska. Stał się właścicielem 53 cukrowni i rafinerii, kopalni, stalowni, towarzystw kolejowych i żeglugowych, fabryk, koncernów naftowych, towarzystw ubezpieczeniowych etc. Posiadał również większościowe udziały w 12 bankach petersburskich (Rosyjski Bank Handlowo-Przemysłowy, Rosyjski Bank Handlu Zagranicznego, Bank Wschodnio-Azjatycki, Sankt Petersburski Międzynarodowy Bank Komercyjny), a także w Syberyjskim Banku Handlowym w Jekaterynburgu, Prywatnym Banku Handlowym w Kijowie oraz Zjednoczonym Banku w Moskwie. Umiejętnie i w sposób wyrafinowany żonglując funduszami banków, Jaroszyński był w stanie przeprowadzać operacje finansowe i gospodarcze na gigantyczną skalę, stając się szybko jednym z najpotężniejszych, o ile nie najpotężniejszym, magnatem finansowym w carskiej Rosji. Dla sprawnego zarządzania syndykatem utworzył Radę, w skład której wchodziło 5 carskich ministrów i 10 senatorów, Władimir Kokowcow, były prezes Rady Ministrów oraz Aleksiej Łopuchin, były dyrektor departamentu policji. Siedziba syndykatu noszącego nazwę "Zarząd dóbr i interesów Karola Jaroszyńskiego" mieściła się w kijowskim Grand Hotelu w al. Chreszczatyk 22. Ten nieprawdopodobnie bogaty przedsiębiorca miał swoje pałace na Ukrainie ( Antopol), w Petersburgu, Kijowie, Odessie, w Warszawie (Al. Ujazdowskie 13), a także na Zachodzie (rezydencja w Londynie na Berkeley Street, we francuskim Beaulieu – willa Mont Stuart oraz w Monte Carlo). Międzynarodowy Bank Komercyjny w Petersburgu (fot. Stanisław Brzozowski) W marcu 1916 r. jego majątek szacowano na 26,1 mln rubli, 300 mln rubli w długach wekslowych oraz 950 milionów rubli w złocie i w nieruchomościach, łącznie 1 mld 276 mln rubli. Kontrolował dziesiątki krajowych przedsiębiorstw branż metalurgicznej, mechanicznej, tekstylnej, transportu parowego i kolejowego, cukierniczej i innych. Przy parytecie 1 rubel równy wówczas 0,7742 gramów złota, majątek Karola Jaroszyńskiego miał równowartość około jednego tysiąca ton złota. Przeliczając go na pieniądze dzisiejsze, byłoby to ponad 200 mld zł. Wielki bogacz i wielki polski patriota Na początku I wojny światowej, kiedy przebywał w Rosji, nabył nieruchomość w Petersburgu pod adresem Nabrzeże Kanału Kriukowa 12 (kamienica mieszkalna, maneż i stajnie dla koni sportowych,), którą przeznaczył na urządzenie i siedzibę Domu i Klubu Młodzieży Polskiej "Zgoda". Znajdowała się tam zarówno siedziba towarzystwa "Sokół", najstarszego polskiego towarzystwa gimnastycznego promującego zdrowy styl życia, jak i piłsudczykowskiej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). To najlepszy dowód, że Jaroszyński z całą pewnością czuł się Polakiem. Dom i Klub "Zgoda" zaczęły działać w dniu 30 maja 1917 r. W kompleksie mieściły się pomieszczenia mieszkalne i klubowe, wielka sala teatralna, pływalnia, a na dziedzińcu kort tenisowy. W 2000 r. kompleks został wpisany do rejestru zabytków miasta Petersburg. Jaroszyński był również dobroczyńcą i mecenasem Artura Rubinsteina wywodzącego się z narodowości żydowskiej polskiego wirtuoza fortepianu. W 1918 r. Karol Jaroszyński został prezesem Komitetu Organizacyjnego Uniwersytetu Katolickiego, na którego powstanie w Piotrogrodzie wyłożył ponad 8 mln rubli jako swój udział (drugim udziałowcem był Polak, inżynier komunikacji Franciszek Skąpski). Inicjatorem powołania placówki był ks. Idzi Radziszewski, naonczas rektor petersburskiej Akademii Duchownej, a później pierwszy rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Na początku XXI w. ukazały się dwie interesujące książki w języku angielskim, w których Karol Jaroszyński jest kluczową postacią. Pierwsza z nich (angielskie wydanie w 2001 r.) autorstwa pani Shay McNeal ukazała się także w języku polskim i nosi tytuł: "Ocalić cara Mikołaja II. Tajna misja uratowania rodziny carskiej". Druga książka autorstwa Michaela Occleshawa (angielskie wydanie 2006 r.) pt.: "Za kulisami rewolucji bolszewickiej" ukazała się po polsku w 2007 r. Foto: © Creative Commons Pałacyk Karola Jaroszyńskiego, tzw. „Dom Połowcowa” przy ul. B. Morskiej 52 w Petersburgu (fot. Yekaterina Borisov) Obie pozycje dotyczą tego samego okresu i tego samego tematu, który umownie można określić jako Rosja w latach 1914–1920. Książki powstały głównie na podstawie brytyjskich i amerykańskich materiałów archiwalnych, w znakomitej większości wcześniej niewykorzystywanych. Ciekawostką może być to, że zachowane w bibliotece Uniwersytetu Cambridge akta szefa brytyjskiego wywiadu w Piotrogrodzie, sir Samuela Hoare’a, odtajnione zostały dopiero w 2005 r. Zatruta igła w Operze Paryskiej Shay McNeal zbytnio uprościła wiele spraw. W jej pracy Polska praktycznie nie istnieje, niemniej Karol Jaroszyński, który określony jest jako Ukrainiec, to postać główna przewijająca się przez prawie 300 stron opracowania. Inną postacią, z którą autorka miała spore trudności, głównie chyba z powodu rosyjskiego alfabetu, to "ex carski urzędnik" von Lar-Larski. Chodzi najprawdopodobniej o Wonlar-Larskiego z bogatego rodu spod Smoleńska, z którego pochodził Aleksander Walerianowicz Wonlar-Larski, do 1915 r. właściciel majoratu Kozienice (85 km na południe od Warszawy). Takich niezręczności jest kilka, niemniej jednak książka Shay McNeal wnosi bardzo wiele nowych, ciekawych, ale często kontrowersyjnych elementów do – wydawałoby się – zamkniętej już historii cara Mikołaja II. W "Epilogu", to jest słowniku najważniejszych postaci, Shay McNeal napisała pod hasłem Karol Jaroszyński: "Umarł nieomal w nędzy w 1928 r. po przekazaniu pozostałej części swego majątku na rzecz Uniwersytetu Lubelskiego, największej uczelni jezuickiej w Polsce. Ostatnie lata jego życia były naznaczone cierpieniem w wyniku ukłucia go zatrutą igłą w Operze Paryskiej, co miało miejsce prawie w tym samym czasie, gdy Sidney Reilly, funkcjonariusz Scotland Yardu, a potem brytyjskich służb specjalnych, zniknął bez śladu gdzieś na terenie Sowieckiej Rosji". "Podejmowano też próby dyskredytowania osoby Jaroszyńskiego, ale na jego pogrzebie w Warszawie, niemal znikąd, pojawiło się blisko tysiąc osób, by oddać mu hołd. Nie było jednak wśród nich wdowy, ponieważ Jaroszyński nigdy się nie ożenił. Według rodziny, przed rewolucją zakochał się w jednej z córek cara, wydaje się jednak, że jego uczucie pozostało nieodwzajemnione. Mimo to jego rola w końcowych miesiącach uwięzienia rodziny cara Mikołaja II była ogromna". Shay McNeal dokonała oceny działalności Jaroszyńskiego w Rosji z punktu widzenia jego wpływu na możliwość uratowania cara i carskiej rodziny latem 1918 r. Foto: © Creative Commons Była siedziba Rosyjskiego Banku Handlu Zagranicznego w Petersburgu przy B. Morskiej 32 (fot. Dmitriy Guryanov) Wiosną i latem 1917 rodzina Romanowów więziona była w Carskim Siole, a później przebywała w odosobnieniu w Tobolsku. W tym okresie pieczę nad carską familią sprawował z ramienia "białych" władz rosyjskich pułkownik Eugeniusz Kobyliński, którego w Jekaterynburgu zastąpił zagorzały bolszewik Jakow Jurowski (właściwie Jankiel Chaimowicz Jurowski), dowódca plutonu egzekucyjnego i późniejszy zabójca cara (17 lipca 1918 r.). W Jekaterynburgu Romanowowie więzieni byli w domu należącym uprzednio do inżyniera górnictwa, profesora Nikołaja Ipatjewa. Warto też zauważyć, że w ostatnich dniach życia Mikołaja II w bolszewickich kręgach Jekaterynburga pojawił się niejaki Piotr Wojkow, kilka lat później ambasador Sowieckiej Rosji w Warszawie. W dniu 7 czerwca 1927 r. na dworcu kolejowym Warszawa Główna "biały" emigrant Borys Kowerda strzelił do Wojkowa, zabijając go na miejscu. Zamachowiec bronił się przed polskim sądem, usiłując przekonać sędziów, że powodem ataku był udział Wojkowa w kaźni Mikołaja II. Salwator carskiej rodziny z brytyjskim poparciem Natomiast Michael Occleshaw rozpatruje działalność Jaroszyńskiego z punktu widzenia jego wkładu w walkę z bolszewizmem. W obu przypadkach najważniejszym orężem były pieniądze, a przede wszystkim niezwykła umiejętność Karola Jaroszyńskiego w posługiwania się nimi. Te cechy stały się szczególnie cenne w roku 1917 i w następnych latach, ponieważ Rosja pogrążała się w gigantycznych długach. Od lipca 1917 r. Rosja była winna 2 mld 760 mln ówczesnych funtów Wielkiej Brytanii, 760 mln dolarów Francji, 280 mln dolarów Stanom Zjednoczonym oraz po 100 mln dolarów Włochom i Japonii. Jednak w dniu 7 grudnia 1917 r. bolszewicy wydali oświadczenie, że nie przyjmują do wiadomości istnienia wcześniejszych zagranicznych zobowiązań Rosji. W podpisanym 27 sierpnia 1918 r. traktacie dodatkowym Rosja wyraziła jedynie zgodę na zapłacenie Niemcom reperacji wojennych w wysokości 6 mld marek (dzisiejsze 200 mld USD), z których 10 i 30 września przekazano Niemcom 662,5 mln marek. Bolszewickie władze Rosji znalazły się w nadzwyczaj trudnej sytuacji finansowej. Jaroszyński stał się więc w takim stanie rzeczy głównym filarem działań, które historycy i politycy określili mianem "intrygi bankowej". Michael Occleshaw twierdzi, że Jaroszyńskiego wprowadził do gry w Wonlarlarski ( Wonlar-Larski – przyp. LK), kuzyn Michaiła Rodzianko, przewodniczącego Dumy oraz przywódcy kontrrewolucji na południu Rosji. Occleshaw przytacza w swojej książce fragment opinii brytyjskiego wywiadu o Jaroszyńskim: "Uznał (Jaroszyński – przyp. LK), że aby zostać wielkim i znanym człowiekiem, trzeba obracać ogromnymi sumami. Opracował ambitny plan finansowy oparty bardziej na spekulacji niż zamiłowaniu do tworzenia czy rozwoju przemysłu". Nieco dalej przywołuje opinię Rosjanina, informatora służb specjalnych: "Pan Jaroszyński jest bardzo wykształconym człowiekiem, bardzo bystrym, a także doskonałym dżentelmenem z manier i mowy. Te cechy przemawiają na jego korzyść i w piotrogrodzkich kręgach finansowych uważa się go za wpływową postać". Karol Jaroszyński był osobą zaufaną także na carskim dworze, a po aresztowaniu Romanowów stał się wręcz ich dobroczyńcą (opinia Shay McNeal oraz Michaela Occleshawa). Jedną z kolejnych ważnych postaci związanych z "aferą bankową", a jednocześnie prawą ręką Jaroszyńskiego, był owiany legendą agent brytyjskich służb specjalnych, wspomniany wyżej Sidney Reilly. Urodzony na ziemiach polskich w 1874 r. jako Salomon Grigoriewicz Rosenblum zmienił w 1899 r. nazwisko na Sidney George Reilly oraz uzyskał brytyjski paszport. Reilly przybył na początku kwietnia 1918 r. do Rosji, przyjmując tożsamość bolszewika Konstantina Relińskiego. Foto: Materiały prasowe Grobowiec Karola Jaroszyńskiego na Powązkach Kolejnym współpracownikiem Jaroszyńskiego był młody oficer artylerii Borys Sołowiow, pełniący bardzo odpowiedzialną i dyskretną funkcję kuriera cara Mikołaja oraz jego żony Aleksandry podczas ich uwięzienia. Ciekawostką jest to, że Sołowiow ożenił się z Marią, owdowiałą córką słynnego mnicha Grigorija Rasputina. Koncepcja "intrygi bankowej" powstała w Wielkiej Brytanii i miała na celu pokonanie bolszewików orężem finansowym, a przy okazji uwzględniała także plan ratowania cara oraz jego rodziny. Jesienią 1917 r. Jaroszyński złożył propozycję brytyjskiemu oficerowi misji wojskowej, pułkownikowi Terence’owi Keyesowi, pracownikowi wywiadu, ale wyższej rangi, że jeśli Londyn przeznaczy 200 mln rubli, zyska pełną kontrolę nad rosyjskim handlem zagranicznym poprzez: Rosyjski Bank Handlowo-Przemysłowy, Sankt Petersburski Międzynarodowy Bank Komercyjny, Wołżańsko-Kamski Bank Handlowy i syberyjskie banki kupieckie. Pozwoli to na założenie na południu Banku Kozackiego, który miałby finansować armię "białych" walczącą z bolszewikami. Michael Occleshaw pisze: "Pierwotny plan przewidywał dostarczenie Jaroszyńskiemu 5 milionów funtów brytyjskich, czyli 200 mln rubli na 3,5 proc. Sumę tę miały zabezpieczać jego udziały w kolejach, koncernach naftowych, cementowniach, cukrowniach, przedsiębiorstwach drzewnych, lniarskich, bawełnianych i węglowych, stanowiących własność banków, większość z nich pozostawała poza kontrolą bolszewików. Udziały Jaroszyńskiego miały wartość 350 mln rubli. Ze swej strony miał on nie tyle kupić udziały, ile dać Brytyjczykom połowę miejsc w radzie nadzorczej. Rada miała składać się z czterech członków (po dwóch z Rosji i Wielkiej Brytanii), którzy kontrolowaliby politykę banków i kierowali nimi zgodnie z brytyjskimi interesami". Pół miliona funtów dla Włodzimierza Lenina? Było to sprytne posunięcie. Radzieccy historycy napisali po latach, że "brytyjscy kapitaliści spodziewali się pokryć swoje wydatki ze stukrotnym naddatkiem różnego rodzaju oszustwami finansowymi związanymi z Rosją, by w perspektywie długoterminowej zapewnić brytyjskiemu kapitałowi dominującą pozycję w rosyjskiej gospodarce". W dniu 30 listopada 1917 r. Jaroszyński spotkał się z Rodzianką, przywódcą Prywatnego Zgromadzenia Dumy i rozmawiał z nim o pomocy finansowej dla "białego ruchu". Spotykał się też z liderami rosyjskiej kontrrewolucji, a także z brytyjskimi przedstawicielami poszukującymi "kanałów finansowania białych armii na południu". Shay McNeal twierdzi w swojej książce, że w ramach "intrygi bankowej" wypłacono Leninowi pół miliona funtów brytyjskich jako zadatek za dyskretne przekazanie aliantom cara i jego rodziny. Pośrednikiem miał być Karol Jaroszyński. W szeroko rozumianej "intrydze bankowej" uczestniczyło wiele osób oraz wiele instytucji w tym National City Bank, ale także Tomasz Masaryk, w przyszłości pierwszy prezydent Czechosłowacji, pośrednio sprawujący kontrolę nad Korpusem Czechosłowackim na Syberii, który w lipcu 1918 r. nacierał na Jekaterynburg i zajął miasto 25 lipca. Według McNeal przyjaciel carskiej rodziny i jej dobroczyńca Karol Jaroszyński był główną postacią sekretnej międzynarodowej organizacji mającej znaczący wpływ na sytuację w porewolucyjnej Rosji. W pamiętny piątek 14 grudnia 1917 r. komisja śledcza Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich wydała dekret o nacjonalizacji banków oraz nakaz aresztowania Karola Jaroszyńskiego. Wymeldowany w marcu 1918 r. przez swego pełnomocnika Jana Surbiaka przez kilka miesięcy ukrywał się w Piotrogrodzie. Opuścił miasto dopiero 5 sierpnia tego roku, to jest kilka dni po lądowaniu aliantów w Archangielsku, nakazując Surbiakowi ratowanie pozostawionego nad Newą wciąż ogromnego majątku. Po opuszczeniu Piotrogrodu Jaroszyński udał się wpierw do Kijowa, a następnie na południe Rosji, skąd w 1919 r. trafił do Odessy, którą opuścił wiosną 1920 r. na pokładzie francuskiego torpedowca. Osiedlił się we Francji. W Paryżu rezydował w Hotelu Vendôme, gdzie próbował zebrać resztki fortuny, znajdującej się poza granicami ZSRR. Kierownicy banków, których akcje znajdowały się w posiadaniu Karola Jaroszyńskiego kręcili jednak jak tylko mogli. Żądali zwrotu gotówki za utracone w Piotrogrodzie oryginalne akcje, a część jego byłych podwładnych podważała dla własnej korzyści tytuły własności dawnego pryncypała. Jaroszyński nie mógł też liczyć na interwencję polskiego rządu, który w ogóle nie zdawał sobie sprawy ze skali jego przedrewolucyjnej działalności i zupełnie nie wykorzystał możliwości, jakie stwarzał w tym zakresie traktat ryski z 1921 r. Po bolszewikach zaszkodzili mu żydowscy bankierzy W 1920 r. Karol Jaroszyński przeprowadził się z Francji do Polski, gdzie korzystając z koniunktury inflacyjnej, stworzył nowy koncern finansowy, nabywając akcje kilku różnych przedsiębiorstw i banków. Zamieszkał w pałacyku Sobańskich w Al. Ujazdowskich 13. W latach 1921–1922 był doradcą finansowym Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, którego wielokrotnie przestrzegał przed dominacją kapitału niemieckiego w rodzimej bankowości. W 1921 r. Jaroszyński współorganizował powstanie Banku Rosyjsko-Polskiego i został jego dyrektorem. Niestety, dwa lata później bank wykupił American Jewish Joint Distri- bution Committee. Natychmiast zmieniono nazwę na Bank dla Spółdzielczości SA, który stał się centralą żydowskiej spółdzielczości kredytowej w Polsce. Jaroszyński zmuszony był szukać możliwości kredytowych u Żydów. Bez powodzenia. Kiedy pytał o kredyty, zadawano mu pytanie: "A po coś pan ten uniwersytet założył?". Tu należy cofnąć się w czasie, by wyjaśnić sens takiego pytania. W 1917 r. za radą ostatniego rektora petersburskiej Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej, ks. Idziego Radziszewskiego zaangażował się Jaroszyński w ideę utworzenia w Lublinie uczelni katolickiej, obecnie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W dniu 28 czerwca 1918 r. wystosował do polskiego episkopatu list, w którym napisał "Obowiązkiem naszym jest dążenie po przebytych cierpieniach do odrodzenia Polski, a więc wytężenie wszystkich sił w celu wskrzeszenia największej sumy energii narodowej". Zadanie to miała pełnić wszechnica katolicka otoczona w zamyśle Karola Jaroszyńskiego siecią fabryk umożliwiających studentom aktywizację społeczną i zdobywanie wiedzy praktycznej. Zadeklarował wtedy przekazanie na budowę nowej uczelni 1 mln 300 tys. rubli na jej potrzeby w pierwszym roku funkcjonowania. Wówczas plany te udaremnił przewrót bolszewicki. Pomimo kłopotów finansowych Karol Jaroszyński ofiarował w latach 1918–1922 na budowę Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego 350 tys. rubli, około 15 mln marek niemieckich, 291 tys. koron szwedzkich, 500 funtów brytyjskich oraz 40 tys. franków szwajcarskich, a kolejne sumy wpłacał aż do śmierci. Należy zauważyć, że w Lublinie, gdzie prężnie działa ta katolicka wyższa uczelnia ufundowana przez Jaroszyńskiego, nie upamiętniono jego nazwiska nawet w nazwie ulicy. Ten wielki filantrop był także jednym z największych darczyńców na rzecz szpitali pod patronatem córek cara – wielkiej księżnej Marii oraz wielkiej księżnej Anastazji. W ostatnich latach życia Karol Jaroszyński mieszkał w kamienicy przy ul. Smoczej 7, w dzielnicy żydowskiej biedoty. Zmarł 8 września 1929 r. na dur brzuszny w szpitalu św. Ducha przy ul. Elektoralnej 12 w Warszawie. Miał wtedy 52 lata. Pochowano go w okazałym grobowcu rodzinnym na Powązkach, w tzw. alei Katakumbowej (filar 44), ale wkrótce szczątki przeniesiono do skromnego grobu w odległej od Katakumb kwaterze 227. Czyżby powodem były pieniądze, którymi Jaroszyński przez całe życie tak sprawnie obracał? Czyżbyśmy mieli do czynienia z rodzinną zemstą za pozbawienie familii wielomilionowego spadku, na który zapewne liczyła? Głębokie zaangażowanie Karola Jaroszyńskiego w próbę obalenia bolszewickiego reżimu w Rosji było prawdopodobnie przyczyną zamachu na jego życie w Operze Paryskiej, gdzie został ukłuty zatrutą igłą. Jakoś się z tego wykaraskał, ale zamach niekorzystnie odbił się na jego zdrowiu. Zaangażowanie Jaroszyńskiego w walkę z bolszewizmem przyniosło również efekt w postaci całkowitego przemilczenia nazwiska tego człowieka w historiografii za czasów PRL. Życie Karola Jaroszyńskiego to znakomity materiał na scenariusz filmowy. Może uwiecznienia tej wyjątkowo barwnej postaci podejmie się rodzima kinematografia? Źródło: Tygodnik Passa
Kiedy Antoni Czechow w 1897 r. przebywał we Francji, na jego oczach rozgrywała się sprawa kapitana Alfreda Dreyfusa oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Mimo że prawdziwego zdrajcę wykryto, Dreyfus – w atmosferze nagonki antysemickiej i antyniemieckiej zarazem – wciąż był uznawany za winnego. Wtedy zareagował Emil Zola, publikując w dzienniku „L’Aurore” głośny list otwarty do prezydenta Francji zatytuowany „J’acuse” (oskarżam). Oskarżył w nim władze wojskowe o prześladowanie człowieka niewinnego, za co sam stanął przed sądem – za obrazę armii. Czechow komentował: „Stopniowo rozkołysały się emocje na gruncie antysemityzmu, na tym gruncie, który zawsze cuchnie jatkami (...). Skoro Francuzi zaczęli mówić o parchach i syndykacie, znaczy to, że nie czują się w porządku, że jakiś robak ich toczy, że muszą sięgnąć do mamideł, aby uciszyć swoje wzburzone sumienie”. 14 lat później Rosją wstrząsnął podobny proces. Czechow wtedy już nie żył. Ale nie byłby zaskoczony. Te same mamidła miały uciszyć rosyjskie sumienia. Morderstwo na tle Zaczęło się prozaicznie. 12 marca 1911 r. uczeń szkoły cerkiewnej przy Soborze Sofijskim w Kijowie 13-letni Andriej Juszczyński wstał rano, zjadł barszcz i wyszedł jak co dzień do szkoły. Jednak na lekcje nie dotarł – wolał odwiedzić kolegę Żenię Czebieriaka. Zostawił u niego kurtkę i książki, po czym obaj wyszli na podwórko zagrać w piłkę. I tam po raz ostatni Andriej był widziany przez człowieka naprawiającego uliczne latarnie – Kazimierza Szachowskiego. 20 marca w grocie w podkijowskiej Łukianowce znaleziono ciało chłopca: w pozycji siedzącej, ze związanymi rękami, tylko w bieliźnie i jednej pończosze. Na ciele były widoczne liczne rany kłute, bielizna przesiąknęła krwią, ale wokół śladów krwi nie znaleziono, co oznaczało, że zbrodni dokonano w innym miejscu. W zagłębieniu ściany ktoś upchnął kurtkę z udartym kawałkiem poszewki w kieszeni, czapkę i zeszyty. Na nich widniało nazwisko ofiary. Wstępna ekspertyza wykazała 47 ran zadanych szydłem, prawie całkowity upływ krwi z ciała, a stopień strawienia barszczu w żołądku wskazywał na czas śmierci – godz. 10 rano. Od początku tajemnicza zbrodnia budziła silne emocje. Wieść o niej szybko rozniosła się po kraju, trafiając na podatny grunt. Rosja przeżywała wówczas rozkwit legend o rytualnych mordach, wampirach i handlu żywym towarem (martwym także). Na to nakładała się sytuacja polityczna, kształtowana przez Piotra Stołypina, premiera i szefa MSW jednocześnie, który od 1909 r. wzmógł restrykcje wobec mniejszości narodowych. To pod jego skrzydłami wyrastały ultranacjonalistyczne organizacje na czele z tzw. siłami czarnosecinnymi. Były rządowi przydatne jako pałka wobec żywiołu rewolucyjnego. Rodzina Andrieja i śledczy zaczęli dostawać anonimy sugerujące żydowski mord rytualny... Na pogrzebie chłopca rozdawano proklamację czarnosecinnego Związku Narodu Rosyjskiego: „Prawosławni chrześcijanie! Chłopca zamordowali Żydzi, dlatego bijcie Żydów, gońcie ich, nie darujcie przelania prawosławnej krwi!”. Temat podchwyciła prasa, głównie prawicowa. Jako dowód na uzasadnienie tezy o żydowskim mordzie rytualnym przytaczano okoliczność, że Juszczyński został zamordowany w sobotę, a na 1 kwietnia przypadało tego roku święto Paschy. Śledczy jednak skupili się na najbliższych chłopca. Rozeszła się bowiem wieść, iż jego ojciec, który porzucił rodzinę przed laty, teraz zmarł i pozostawił Andriejowi znaczny spadek. Dlatego podejrzenie padło na matkę chłopca, ojczyma i dalszą rodzinę. Z początku aresztowani, wobec braku dowodów winy szybko wyszli na wolność. Tymczasem z łamów prawicowej prasy krzyczano, że to Żydzi przekupili policję, aby zrzucić oskarżenie na najbliższych. Działacze ZNR przystąpili do ataku. 17 kwietnia na grobie Juszczyńskiego odprawili mszę i umieścili krzyż. Po czym chcieli rozpętać pogrom – ostatecznie, w porozumieniu z szefem miejscowej policji, mieli przenieść go na jesień, po wizycie w Kijowie cara. A lider czarnosecinnej młodzieżówki, student Władimir Gołubiew, zażądał od kijowskiego gubernatora wysiedlenia z miasta 3 tys. Żydów. Następnego dnia frakcja prawych w Dumie, na czele z czołowym w Rosji antysemitą Władimirem Puryszkiewiczem, zażądała od ministra sprawiedliwości Iwana Szegłowitowa podjęcia odpowiednich kroków. Nie musieli długo czekać – w trybie natychmiastowym kierowanie śledztwem przejął prokurator Gieorgij Czapliński, Polak wyznania prawosławnego, słynący z nieprzejednanego stosunku do Żydów. Już nie mogło być wątpliwości, kto stoi za tą straszną zbrodnią. Teraz należało tylko wskazać konkretnego zbrodniarza. Działacze ZNR (zwłaszcza student Gołubiew) mieli w śledztwie okazać się nieocenionymi znawcami kwestii żydowskiej. Bez cienia wątpliwości Miejscowi śledczy, mający bezpośredni dostęp do sprawy, byli wciąż sceptyczni. Zaczęli prowadzić dochodzenie na własną rękę, narażając się tym na odebranie śledztwa. I rzeczywiście, naczelnik wydziału ścigania Miszuk i prokurator Brandorf zostali odsunięci. Ale wezwany słynny śledczy Krasowski dostał tajne polecenie od Miszuka, aby do zbrodni podszedł profesjonalnie, bez ideologicznych założeń. Naraził się tym na prowokację i aresztowanie. Specjalnie z Petersburga sprowadzony śledczy Maszkiewicz otrzymał jasne zadanie – przygotować proces o mordzie rytualnym. A jednak absurdalność tego założenia była tak oczywista, że nawet sam prokurator Czapliński w to nie wierzył. Oczekując na rezultaty zabiegów Maszkiewicza, zlecił naczelnikowi kijowskiej żandarmerii odszukanie prawdziwych zabójców. Szef żandarmerii pułkownik Szredel dostał w tej sprawie błogosławieństwo również od samego Stołypina. Pierwsze kroki jego agenci skierowali do domu Żeni Czebieriaka. Miejsce to było dobrze znane policji. Matka chłopca Wiera Czebieriak, nazywana Wierką urzędniczką, należała do gangu złodziejskiego i zajmowała się paserstwem. Dwa dni przed zabójstwem Andrieja czterech członków gangu zostało aresztowanych, a w domu Wierki przeprowadzono rewizję, znajdując dwa pistolety i amunicję. Żenia początkowo mówił, że rankiem 12 marca Andriej przyszedł do niego i grali w piłkę. Ale na posterunku wyparł się tego i stwierdził, że ostatni raz widział kolegę 10 dni wcześniej. Mimo to jego matka została aresztowana. Pozbawiony jej kurateli chłopiec wrócił do pierwotnej wersji zeznań. Tymczasem na Łukianowce policja odnotowała informację, iż chłopcy podczas gry w piłkę się pokłócili. Żenia zagroził Andriejowi, że doniesie jego matce o wagarach, natomiast Andriej w rewanżu – że doniesie policji na Czebieriakową, iż trzyma w domu kradzione rzeczy. Żenia miał szybko o tym poinformować matkę. To zaczęło się składać agentom w logiczną całość. Dopiero co w domu Czebieriaków przeprowadzono rewizję. Po donosie Andrieja prawdziwy kipisz byłby pewny. Trzeba było więc dzieciaka uciszyć. Wiera niekoniecznie musiała brać czynny udział w zabójstwie. Ale stało się to w jej domu. Prokurator Miszuk wysnuł z tego jeszcze jeden wniosek – upozorowanie mordu rytualnego, aby winę zrzucić na Żydów, a potem rozpętać pogrom, podczas którego będzie można bezkarnie szabrować. 9 lipca Czebieriakowa została aresztowana. Po czterech dniach zwolniono ją po interwencji Czaplińskiego, do którego przyszedł student Gołubiew, by przekonać go, że Wiera należy do ZNR. Ponownie aresztowana 22 lipca, uwolniona została 7 sierpnia. Natychmiast udała się do szpitala, gdzie leżał ciężko chory na czerwonkę Żenia. Mimo protestów lekarza zabrała chłopca do domu, gdzie następnego dnia zmarł. Świadkowie twierdzili, że w malignie krzyczał: „Andriusza, nie krzycz! Andriusza, strzelaj!”. A w chwilach, gdy odzyskiwał przytomność, matka kazała mu potwierdzać, że ona nie ma z zabójstwem nic wspólnego. Tydzień później zmarła na czerwonkę młodsza siostra Żeni. Temat podchwyciła prawicowa prasa, sugerując, że dzieci zostały otrute przez Żydów. Choć prasa centrowo-lewicowa nie była lepsza – o otrucie dzieci oskarżała Czebieriakową. W tym czasie miało miejsce kolejne zabójstwo. Z końcem sierpnia zjechał do Kijowa car z rodziną i przedstawicielami rządu. 1 września 1911 r. wszyscy udali się na przedstawienie do opery, gdzie anarchista Dmitrij Bagrow strzałem z pistoletu śmiertelnie ranił premiera Stołypina. Miał pochodzenie żydowskie, co natychmiast skojarzono ze sprawą mordu na Juszczyńskim. Jednak ludzie pułkownika Szredela konsekwentnie szli prawdziwym tropem. 14 września aresztowali członka szajki Wiery, Rudzińskiego, niedługo potem kolejnych dwóch, Łatyszewa i Singajewskiego. Okazało się, że w nocy po zabójstwie ograbili sklep optyczny, a z samego rana następnego dnia wyjechali z Kijowa do Moskwy i tam przez kilka dni się ukrywali. Dodatkowo śledczy zanotowali, że z domu Czebieriaków zniknęła dokładnie taka sama poszewka, której kawałek znaleziono w grocie wraz z ciałem Andrieja. 20 stycznia 1912 r. Szredel w raporcie do naczelnika departamentu policji napisał, że to są mordercy, bez cienia wątpliwości. O wynikach śledztwa zostali powiadomieni ministrowie sprawiedliwości i spraw wewnętrznych. Niczego to nie zmieniło. Bo w sądzie zostało już złożone oskarżenie przeciwko niejakiemu Bejlisowi. Mężczyzna z czarną brodą 37-letni syn ortodoksyjnego chasyda Menachem Bejlis odszedł od tradycyjnego stylu życia przodków. Pracował jako przedstawiciel handlowy w cegielni Zajcewa. Będąc ojcem pięciorga dzieci, harował od rana do nocy za grosze, również w soboty. Niezawadzający nikomu, miał dobrą opinię pośród chrześcijańskich sąsiadów. Pierwszy oskarżył go student Gołubiew. Cegielnia znajdowała się niedaleko groty, w której znaleziono ciało Andrieja, a w cegielni pracował Bejlis – tak argumentował. „Zabójstwa według mnie dokonano w cegielni albo w żydowskim szpitalu. Dowodów oczywiście na to przedstawić nie mogę” – mówił na przesłuchaniu. I to zapisano w raporcie, który został przesłany w maju 1911 r. przez prokuratora Czaplińskiego do ministra Szczegłowitowa, a ten 18 maja przekazał go na biurko samego cara. Potem okazało się, że Szachowski, człowiek naprawiający uliczne latarnie, coś sobie przypomniał. 20 lipca w obecności Czaplińskiego zeznał, że wcześniej zapomniał powiedzieć o bardzo ważnej rzeczy – kilka dni po zaginięciu Juszczyńskiego spytał Żeni, jak się im wtedy udała gra w piłkę. A Żenia odpowiedział, że się nie udała, bo „przepłoszył ich z cegielni Zajcewa, niedaleko groty, taki mężczyzna z czarną brodą, o imieniu Mendel, przedstawiciel handlowy”. 22 lipca Czapliński wydał rozkaz aresztowania Bejlisa w „stanie ochrony nadzwyczajnej” (prawo stosowane wobec szczególnie niebezpiecznych rewolucjonistów). Wyprowadzono go z domu w asyście 15 żandarmów. Wraz z nim na trzy dni aresztowano jego 9-letniego syna. Żona Szachowskiego Uljana, znana w okolicy alkoholiczka, wyznała, że żebraczka Wołkiwna powiedziała jej, iż na własne oczy widziała, jak mężczyzna z czarną brodą porwał Andrieja i zataszczył do groty. Kiedy żebraczka zaprzeczyła, Uljana przysięgała, że jej mąż też to widział. 10-letni chłopiec z sąsiedztwa potwierdził, że słyszał jej rozmowę z żebraczką. Z kolei szewc Nakonieczny zeznał, że Szachowski donosi na Bejlisa, bo Bejlis kiedyś doniósł na niego, że kradnie. Zeznania małżeństwa Szachowskich stały się podstawą oskarżenia. W listopadzie powstało jeszcze trzecie. Przebywający w celi z Bejlisem niejaki Iwan Kozaczenko, policyjny infomator, po uwolnieniu przekazał władzom list, który Bejlis prosił dać żonie, i zeznał, że miał wykonać dla niego zadanie specjalne: otruć Szachowskiego i Nakoniecznego. Truciznę miał dostać w żydowskim szpitalu, a pieniądze od żony Bejlisa. Odpowiedzialność za to miała wziąć na siebie „cała żydowska nacja”. Były jeszcze zeznania męża Czebieriakowej i małoletniej córki – Andrieja porwali wraz z Mendelem dwaj chasydzi w chałatach. Oskarżenie z tymi dowodami trafiło do sądu 5 stycznia 1912 r. W maju 1913 r. zawrzało na wierchuszce. Kijowski gubernator Kirs pisał do ministra spraw wewnętrznych Makarowa, że przy tak słabych dowodach Bejlis zostanie uniewinniony. Makarow pisał do ministra sprawiedliwości Szczegłowitowa, że należy domniemywać, iż tak się właśnie stanie. Ale Szczegłowitow odpowiadał, że sprawa nabrała już takiego rozgłosu, iż nie sposób się wycofać, „inaczej powiedzą, że Żydzi przekupili mnie i cały rząd”. Na dodatek Rosja szykowała się do hucznych obchodów 300-lecia panowania Romanowów. Ludowi należały się godne igrzyska. Proces rozpoczął się 23 września 1913 r. Oskarżał prokurator Oskar Wipper, wspomagany przez członka frakcji prawicowej w Dumie i znanego adwokata antysemitę. Sędzią został Fiodor Bołdyriew, sympatyzujący z czarnosetyńcami. Jako świadków oskarżenia powołano prawdziwych zabójców. Intelektualnego wsparcia tej stronie udzielił pisarz Wasilij Rozanow, którego za antysemityzm wykluczono ze Stowarzyszenia Religijno-Filozoficznego. Drugą stronę intelektualnie wspierali: pisarz polskiego pochodzenia Władimir Korolenko i Władimir Nabokow (ojciec przyszłego pisarza), reprezentując opinię świata kultury i nauki nie tylko rosyjską, bo murem po stronie Bejlisa stanęli tacy ludzie, jak Tomasz Mann, Herbert Wells i Anatol France. Do obrony Bejlisa przystąpił kwiat rosyjskiej adwokatury, na czele z Wasilijem Makłakowem. Na 12 ławników siedmiu było niepiśmiennymi chłopami. Słowem – na sali rozpraw niczym w kropli wody zebrano to, co najgorsze i najlepsze w Rosji. „Przysięgli po jednej stronie, milczący Bejlis po drugiej – jakby wypadając z pola widzenia” – pisał Korolenko. I rzeczywiście, Bejlis na sali rozpraw nie istniał. Cała uwaga zgromadzonych była skierowana na Wierę Czebieriak. Niewąpliwie czuła się gwiazdą. Butna, sprytna, z zimną krwią odpierała wszelkie zarzuty obrony. Hardo potrafiła odgrażać się zeznającej sąsiadce: „Ja mogę wszystko zrobić”. Jej kompani przeciwnie – sprawiali wrażenie zagubionych i przestraszonych. Ale i tak największe wrażenie wywołały ekspertyzy na rzecz oskarżenia. Medyczną wydał prof. Kosorotow (podczas rewolucji lutowej wyjdzie na jaw, że otrzymał za nią pieniądze z tajnego konta Departamentu Policji). Psychiatryczną – prof. Sikorski. Niedorzeczność jego konkluzji na tyle wstrząsnęła światem psychiatrii w kraju i za granicą, że XII Wszechrosyjski Zjazd Lekarzy uchwalił przeciwko niej specjalną rezolucję. Podobnie rzecz się miała z ekspertyzą religijną. Żaden przedstawiciel Cerkwi nie zdecydował się na wystąpienie przed sądem w charakterze znawcy żydowskiego mordu rytualnego na chrześcijańskich dzieciach. Dlatego sprowadzono do Kijowa uchodzącego za znawcę Talmudu księdza katolickiego Justyna Pranajtisa. Kiedy eksperci powołani przez obronę kazali mu wskazać konkretne wersety w Talmudzie, okazało się, że takich nie ma. Pranajtis posługiwał się niemieckim przekładem, w dużej mierze będącym paszkwilem. 28 listopada 1913 r., po sześciu godzinach narad ławy przysięgłych, miał zapaść wyrok. Bejlisa uniewinniono! Podobno do samego końca głosy ławników rozkładały się po równo. Ale ostatecznie jeden z chłopów przeżegnał się pod ikoną i powiedział: „Nie, nie chcę brać grzechu na duszę – niewinny!”. Nawet jeśli wyglądało to trochę inaczej, ostatecznie i tak musiały przeważyć głosy chłopskie. I to sumienie ludu odniosło zwycięstwo nad mamidłem. Prawdziwi zabójcy nie ponieśli jednak konsekwencji.
Instytucję policji tajnej stworzyła w Polsce i rozwinęła na szeroką skalę Rosja. Wprawdzie jeszcze w czasach naszej niepodległości, a mianowicie za panowania Stanisława Augusta były zaczątki pracy rosyjskiej w tym kierunku, bo wielkorządca rosyjski Igelstrom zorganizował policję tajną, jednak jej działalność była na razie dość skromna i oględna. To samo można powiedzieć o jej działalności za czasów Księstwa Warszawskiego a i do objęcia rządów przez Rosję. Założycielem i opiekunem najstaranniejszym policji tajnej stał się od tego czasu w Polsce i wszędzie, gdzie trzeba było tropić ideę narodową polską, senator Nowosilcow, pełnomocny komisarz cesarza Aleksandra. Stworzył on już w r. 1813, jeszcze przed utworzeniem Królestwa Kongresowego „wyższą sekretną policję”, jako „kontrpolicję” względem policji polskiej. Na agentów zalecał Nowosilcow brać „osoby zaufane, pochodzenia niemieckiego i żydowskiego; osoby te, zarówno jak ich czynność powinny zostać ukryte przed dotychczasową policją (t. zn. polską)”. Nie zapomniano zorganizować specjalnego biura na poczcie do otwierania listów, a nawet urządzono nadzór tajny nad służbą celną i leśną. Po ustanowieniu Królestwa Kongresowego w r. 1815, występuje na pierwszy plan w sprawach policji tajnej gen. Rożnicki, jeden z największych łotrów, jakich wydały gorące czasy Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego. Nie wiedząc jeszcze o kontrpolicji tajnej, organizuje on korpus żandarmów Królestwa Polskiego, a to w celu „utrzymania spokoju, porządku i bezpieczeństwa w całym kraju”. Żandarmerja ta przeznaczona pierwotnie „dla chwytania zbrodniarzów, ich strzeżenia, przeprowadzania ich i więźniów w miejsca wskazane, oraz śledzenia zbiegów” – stopniowo zaczęła tropić w charakterze policji tajnej ślady działalności antyrządowej (przeciwrosyjskiej). Działalność wyższej sekretnej policji i żandarmerji wciąż się krzyżowała, rzucano się na jedne i tesame sprawy, tropiono jednych i tych samych ludzi i stale wzajemnie się szpiegowano. Poza temi dwoma organizacjami istniały jeszcze liczne biura, które zajmowały się tajną działalnością wywiadowczą. Należy tu zaliczyć policję municypalną m. Warszawy, którą splamił jej kierownik Mateusz Lubomirski. Żąda zbytku, pogoń za złotem przy wrodzonych złych instynktach, pchnęły tego człowieka do oddania siebie i podwładnych mu organów na usługi policji tajnej, by wespół z Nowosilcowem i Rożnickim śledzić i prowokować, działaczów ruchu narodowego. Oprócz tych trzech instytucyj pracowały w zakresie policji tajnej także biura, jak dla służby wywiadowczej zagranicznej, dla spraw ruchu narodowego na Litwie, kancelarja dyplomatyczna W. Ks. Konstantego, utrzymująca stosunki z władzami zagranicznemi w sprawie tajnych zarządzeń policyjnych w związku ze śledztwami prowadzonemi w Król. Polskiem, biuro policji przybocznej W. Księcia dla śledzenia oficerów wojsk rosyjskich, biuro perlustracyjne korespondencji wybitniejszych osób, Nowosilcow miał oddzielne swoje biuro wywiadowcze, wreszcie istniało jeszcze jedno biuro -najtajniejsza kontrpolicja osobista W. Księcia, opłacana przez niego z prywatnej szkatuły. Do zadań tej kontrpolicji należało badanie spraw najpoufniejszych, których wyniki Książę pragnął utrzymać w sekrecie i stały nadzór nad Nowosilcowem i Rożnieckim. Specjalny rodzaj policji stanowili kozacy, powołani do utrzymywania kordonu na granicy Królestwa Polskiego; używani oni byli przedewszystkiem do dokonywania aresztów i eskortowania aresztowanych w szczególnie ważnych i tajnych wypadkach; pozatem utrzymywali na swoją rękę policję tajną. Wreszcie niezmiernie czynną akcję w kierunku tajnej policji prowadzili posłowie rosyjscy przy rządach zagranicznych. Utrzymywali oni dla tropienia ruchu narodowego polskiego własnych agentów, oraz korzystali z usług policji miejscowej, której rządy zagraniczne hojnie dostarczały do rozporządzenia posłów rosyjskich. Tak wielki aparat tajnej policji stworzyli dla pilnowania Polski doradcy cesarza Aleksandra, za jego wiedzą i aprobatą, tego cesarza, którego wielu u nas czciło jako dobroczyńcę, twórcę Polski i noszącego w swem sercu wiele pięknych zamiarów i dobrodziejstw względem Polski, które zresztą nigdy nie mogły być zrealizowane. Powiedziałby ktoś, że jest rzeczą niepodobną do wiary aby istniało naraz tyle rozmaitych organizacyj i biur szpiegowskich, jednak był to czas, kiedy w całej Europie panował system prowokacji i powszechnego szpiegowania. Epoka ta wydała największych może policjantów, najsłynniejszych szpiegów. W Wiedniu działał wówczas pod wielkim Metternichem słynny inkwizytor hr. Sedlnitzky, w Paryżu Franchet-Desperey, we Włoszech Torresani i Salvatti, w Berlinie Kamptz, węszący wszędzie intrygę i spisek polski. Poza tem zapanowała w Europie reakcja, rządy policji tajnej, które usiłowały wyplenić, wyprzeć wszelkie ślady wielkiej rewolucji francuskiej i zgnębić ruchy wolnościowe, podnoszące się w większych państwach. W Polsce, w okresie 1815-1830 r. żyło pokolenie, które na własne oczy widziało, jak kraj poćwiartowano. Świeże te wspomnienia zmuszały ludzi lepszych, a przedewszystkiem młodzież i wojsko, budzić do czynu, a przynajmniej do prób akcji czynnej i w tem tkwiła przyczyna spisków, licznych tajnych stowarzyszeń. W odpowiedzi na to organizuje Rosja w Królestwie tajną policję i wprowadza system powszechnego szpiegowania. Zresztą w Warszawie były inne jeszcze pobudki i cele tajnej policji. Dla Nowosilcowa i stojącej za nim w Petersburgu reakcji bardzo ważną było wyleczyć z liberalizmu Aleksandra I, który w pierwszych latach swego panowania nosił się z zamiarm nadania Rosji konstytucji, rozmyślał o powszechnej sprawiedliwosci, wolności itp. Uzdrowić go postanowiono drogą ujawniania spisków i tajnych związków. Zadanie to po mistrzowsku spełniał Nowosilcow przy pomocy Rożnickiego, Lubomirskiego, Hankiewicza i innych, znajdując czynne poparcie u ks. Konstantego. Lecz dlaczego było aż tyle oddzielnych biur szpiegowskich? Wynika to z głównej zasady, że w policji tajnej naprawdę nikomu wierzyć nie można. Ten brak zaufania o tyle był usprawiedliwiony, że wszyscy agenci policji tajnej – łotry ostatniego gatunku – istotnie wiary budzić nie mogli. Świadome fałsze przesada i powiększanie faktów, wysnuwanie najfałszywszych wniosków i dostrzeżonych zjawisk dążenie do odznaczenia się drogą wykrywania wszelkich spisków i zbrodni politycznych, wreszcie stałe i powszechne usiłowanie wszystkich od najwyższych do najniższych agentów wzajemnego podkopywania się, wzajemnego włażenia sobie w drogę – wszystko to prowadziło do tego, że i denuncjacjom i denuncjantom nie można było wierzyć. Świadom tego był ks. Konstanty i w rzeczywistości dla wielu ober-szpiegów miał wcale nietajoną pogardę. Stąd wynikała u niego konieczność sprawdzania denuncjacyj, a temsamem ustanawiania nowych biur celem stwierdzania prawdziwości donosów. Zresztą systemu tego trzymali się wszyscy główni działacze, szpiegują oni i są nawzajem szpiegowani. Wspomnieliśmy wyżej, że nad takimi dygnitarzami, jak Nowosilcow i Rożnicki, ustanowiono specjalny nadzór. Lecz więcej – co już wkracza w dziedzinę humorystyki – nadzór taki zarządził ks. Konstanty nad bratem swoim ks. Mikołajem, późniejszym cesarzem. Pisze on 3 września 1824 do pułk. Sassa, szefa biura wywiadowczego zagranicznego: „…ponieważ wszelkie jest prawdopodobieństwo, iż W. Ks. Mikołaj zabawi czas niejaki w Berlinie, życzyłbym sobie, abyś nas WPan zawiadomił o zabawach, dzień po dniu, jako i zatrudnieniach wojskowych – …słowem donosić WPan będzie o wszystkiem tem, co rozumiesz, iż mnie interesować będzie. Proszę WPana także, abyś mi regularnie donosił o wszystkiem, czego się będziesz mógł dowiedzieć o dworze pruskim”. Lecz nie dość na tem. W parę lat później tenże Sass otrzymuje polecenie od cesarza Mikołaja, aby mu dostarczał tajnych wiadomości o ks. Konstantym. Szpiegom zaprzysiężonym i przybranym w pewne formy służby państwowej, dawano nad obywatelami daleko idącą władzę tajną, pozwolono aresztować, wnikać w życie prywatne , wciągać do więzień. „Pełne są – głosi raport – księgi szpiegowskie doniesień, miotających obelgi na urzędnika, na zacne damy; pełne wiadomości gorszących, których uczciwy człowiek wstydziłby się pisać, których by wzdrygał się słuchać”. A co najważniejsze, ci denuncjanci mieli ustawowo zapewnioną zupełną bezkarność, zwolnieni byli od odpowiedzialności nawet w wypadkach najcięższych a fałszywych oskarżeń. Bezpieczni brakiem odpowiedzialności za doniesienia, denuncjowali z nienawiści, dla zemsty, podając wiadomości wprost fałszywe, pełne kłamstw. Znaleziono deklarację jednego ze szpiegów, w której oświadcza on pisemnie, że pomimo upomnień dopuścił się licznych kłamstw i fałszywych donosów, jednak sam skazuje się na 25 plag „batem kozackim na placu rossyjskim”, o ile jeszcze raz złoży kłamliwe doniesienie. Ta cała sfora szpiegów „operowała” szczególnie tam, gdzie można było przypuszczać istnienie zorganizowanej myśli polskiej. A więc przedewszystkiem wśród młodzieży szkół średnich i uniwersytetu. W sfery młodzieży wciskali się specjalni szpiegowie, przedstawiając się jako zapaleni rewolucjoniści i pozyskawszy zaufanie, donosili o wszelkich ruchach. Szczególną opieką otoczono sejm, senatorów i posłów; śledzono ich w domach, donoszono ich słowa lub urywki rozmów, gdzie posłowie bywali, z kim się widywali, jakie nowe wnioski będą postawione, jakie sprawy na sejmie poruszono itp. Na czas otwarcia i działania sejmu organizowano specjalne kadry policji tajnej, zwykle pod kierunkiem Henryka Mackrotta. Indywiduum to z pod ciemnej gwiazdy, którego obawiano się wszędzie, trudniło się również śledzeniem związku kosynierów, prowadziło wywiady w sprawie Łukasińskiego, szpiegowało studentów i wojskowych, spełniało zresztą najrozmaitsze polecenia i funkcje, między innemi szpiegowało Rożnickiego i Lubomirskiego. Zresztą szpiegowano wszędzie i wszystkich. Tajni agenci działali w teatrze, na jarmarkach (zwłaszcza jarmarki łowickie były pod stałą opieką), na cmentarzach, zwłaszcza na pogrzebach osób popularnych. Szpiegami napełniano miejsca zabaw publicznych, wprowadzono ich na zebrania prywatne towarzyskie, kazano im śledzić każdy krok ludzi znanych z przywiązania do ojczyzny. W ostatnich przed rewolucją czasach dodawano niektórym osobom po 4-5 szpiegów. – Dla uzyskania wiadomości nawiązywali często szpiegowie stosunki miłosne, stawali się narzeczonymi służących. Wynajmowali mieszkania tuż obok swych ofiar, by je mieć nieustannie na oczach; urządzali specjalne zebrania konspiracyjne w lokalach publicznych (restauracjach) i do sąsiednich ubikacyj wprowadzano swych szefów dla podsłuchiwania i t. p. Stale już była stosowana prowokacja, wprawdzie nie w takiej wyrafinowanej formie, jak za naszych czasów, bez bomb bez głośnych zamachów. Roznoszono odezwy patrjotyczne, wygłaszano mowy nawołujące do rewolucji aby wciągać ludzi w zasadzki. Śledzono zwykle nietylko osoby podejrzane, na które rzucono jakieś oskarżenie, ale i ich oskarżycieli – a to „celem pewniejszego dojścia do prawdy”, jak pisze Mackrott. Dość było denuncjacji pierwszego lepszego szpiega, by znaleźć się w więzieniu. Jak szpiegowie rozpanoszyli się, jak działali niemal pewnie i jaką protekcją byli otoczeni, świadczy następujący fakt: kilkunastu studentów uniwersytetu (1821 r.) zebrało się w gospodzie pod Saturnem. Nagle zauważyli szpiega podsłuchującego przez przymknięte drzwi. Z młodzieńczym temperamentem wyrzucili szpiega, nie żałując mu zapewne i razów. Działo się to o godz. 7 wieczorem, o godz. 8 zaś już kilkunastu studentów siedziało pod kluczem na rozkaz ks. Konstantego; koniec zaś całej afery był taki, że 4 studentów relegowano, a kilkunastu skazano na areszt. Te ciągłe aresztowania wywołały konieczność zakładania coraz to nowych więzień, Bastylli – jak mówiono. Więzienia te były również przedmiotem szczególnego nadzoru ze strony szpiegów; donosili o tych, którzy się zbliżali do więzień, kto wyrażał jakiś żal na widok więźniów lub usiłował się porozumieć z nimi itd. Współcześni mówili, że „gdyby tylko jedna plaga policji tajnej dotknęła była Polskę, to już rewolucja, chociażby najstraszniejsza, byłaby dostatecznie usprawiedliwiona przed sądem współczesnych i potomności”. Zdawałoby się tem, że lud w chwili wybuchu rewolucji rozszarpie znanych powszechnie szpiegów i że żaden „stróż prawa i porządku” nie obroni się przed wściekłością tłumu. Ruch rewolucyjny koniecznie takiej krwi potrzebuje. Lecz w czasie powstania 1830 r. główni bohaterowie policji tajnej pouciekali, innych aresztowano, lecz wkrótce zostali oni wypuszczeni na wolność. Juryści wynaleźli bowiem taką zasadę prawną: szpiegostwo może być karane wówczas, gdy w następstwie i wyniku swojem miało zbrodnię lub występek. J. W.
tajna policja w carskiej rosji